Recenzja filmu: Matrix
Matrix to film, stworzony przez (wtedy jeszcze) braci Wachowskich, dzięki którym w popkulturze do dzisiejszego dnia nie może zabraknąć pojęcia „cyberpunk”. 13 sierpnia 1999 roku na ekranach można było ujrzeć kompletnie inne spojrzenie na historię Alicji z Krainy Czarów. Od tamtej pory świat już nie był... i nie jest... taki sam. Bo w zasadzie... czy faktycznie świat, w którym żyjemy, jest tym prawdziwym?
W 1999 roku, kiedy Matrix został oficjalnie wydany, ludzie na całym świecie dostali szału. Film ten był wielkim przełomem w kinie i w sumie do dzisiejszego dnia ciężko jest znaleźć osoby, które, może nie tyle, co nie widziały tej produkcji, co nawet nie kojarzą jej z nazwy. Jest to już dzieło sztuki, które w historii kinematografii podejrzewam, że zostanie jeszcze na długi czas.
Historia opowiada nam o Thomasie Andersonie, który za dnia jest pięknością, w nocy zaś szkara... nie, czekajcie. Za dnia jest programistą w wielkiej korporacji, a w nocy natomiast jest hakerem o pseudonimie Neo, który doszukuje się prawdy. Wie więcej niż przeciętny człowiek, ale jego potrzeba doszukania się informacji o legendarnym Morfeuszu i Matrixie, pcha go wciąż do przodu. Nie wie dokładnie, dokąd zaprowadzą go jego poszukiwania, ale nie przestaje dążyć do osiągnięcia celu.
Całe jego poszukiwanie prawdy rozpoczęło się czystym przypadkiem, kiedy to w fazie pół-snu, na ekranie jego komputera pojawił się napis „Idź za białym królikiem”. I tak oto nasza mała Alicja zaczęła szukać drogi do Krainy Czarów. Odnajdując królika, Neo pojawił się na pewnej imprezie, na której pewna dziewczyna o pseudonimie Trinity wyznała mu, że ma on szansę poznać tego, który wie wszystko — Morfeusza.
Thomas Anderson zdecydował się spotkać z Morfeuszem, który już na samym początku bierze Neo za „wybrańca”. Mimo wszystko ciężko jest brać na swoje barki tak poważną rolę, kiedy dalej nie wie się, jakie obowiązki są z tym związane. Dlatego też Morfeusz wyjaśnia, że „Matrix jest wszędzie” i daje Neo szansę wybrać, czy chce dowiedzieć się brutalnej prawdy o rzeczywistości, czy woli zostać w swoim śnie zwanym „normalnym życiem”.
I nagle dowiadujemy się, że w rzeczywistości mamy XXII wiek. Świat, w którym istnieje Thomas Anderson, jest tylko światem stworzonym, zaprogramowanym. Maszyny „produkują” ludzi, by się nimi „karmić”, a ludzie wierzą, że żyją w normalnym świecie. W rzeczywistości są oni zamknięci w kokonach, a jedyne funkcjonujące w pełni miasto to Sion. Następuje walka z robotami i próba zniszczenia systemu przez Morfeusza i jego zgraję, która egzystuje na statku zwanym „Nabuchodonozor”.
Misja nie wydaje się aż taka ciężka w kwestii samego „zburzenia Matrixa”. Problem wynika natomiast po stronie tego, iż w samym Matrixie, kiedy nasi wybawcy łączą się przez linie telefoniczne, próbują zostać złapani przez Agentów. To właśnie są główni źli całej serii, którzy wiedzą wszystko i mogą wszystko. W każdej chwili mogą dodać sobie dodatkowych nadnaturalnych zdolności. Plus jest taki... że nie tylko oni mogą z tego korzystać, gdyż każdy ma możliwość naruszyć bądź złamać pewne prawa.
Widz, oglądając film, zaczyna mieć dylemat, dlaczego to Neo ma zostać wybrańcem. Czemu np. sam Morfeusz, posiadający całą wiedzę nim nie pozostał. No i czy faktycznie Neo tym wybrańcem pozostanie, czy jednak zgodnie z Wyrocznią, nie jest mu to pisane. W końcu od tego zależy faktyczne zbudzenie ludzi ze snu, w którym żyją i umierają... nieświadomi tego, jak mocno prawdziwy świat został zniszczony przez sztuczną inteligencję.
Taka wizja świata spowodowała wielkie BUM na zmianę światopoglądu, utrzymującego się kilka lat po premierze. To samo było z Harrym Potterem, kiedy ludzie wierzyli, że są po prostu mugolami, ale gdzieś tam naprawdę istnieje magia. Tutaj również ludzie masowo zaczynali próbować walczyć z systemem, czuli się ograniczani... i w sumie czują. Bo nie oszukujmy się, przekaz Matrixa, który miał 20 lat temu, jest dokładnie taki sam jak obecnie — nie mamy prawa głosu, widzimy w telewizji piękny świat, ale rzeczywistość jednak jest inna. Nie możemy wyłamać się z tego systemu, tylko egzystujemy aż do śmierci, by potem ewentualnie znów się „odrodzić”.
Jakiś czas temu miałam okazję odświeżyć sobie pierwszą część Matrix na Netflix. Próbowałam spojrzeć na ten film pod kątem tego, czy w dzisiejszych czasach, gdyby miał on premierę, czy by się mimo wszystko sprzedał? Jak najbardziej tak. Nie trzeba robić mu nowej wersji. Tamta, mimo słabszej jakości już nagrań, wszelkie efekty specjalne wykorzystywane w filmie posiada na bardzo wysokim poziomie, którego brakuje niejednej produkcji współczesnego kina. Ponadczasowość ma coś do siebie...
Obecnie film nadal powoduje u ludzi pewne zagwozdki filozoficzne, społeczne etc. Może już nie na taką skalę, jaką potrafił zrobić w latach 1999-2003. Mimo wszystko wciąż, kiedy zasiądziemy w spokojnie w fotelu i możemy pomyśleć nad sensem istnienia, pojawiają się pytania — czy faktycznie jest to prawdziwy świat? Czy łyżka w rzeczywistości nie istnieje? Jaki jest prawdziwy świat i dlaczego nie możemy się do niego przedostać?
Ocena ogólna: 9/10






Komentarze
Prześlij komentarz